poniedziałek, 4 lutego 2013

Silk & Spicy - Żurawia 16/20

Już jakiś czas temu przy Żurawiej zauważyłam nowe miejsce, które swoim wystrojem i dużymi oknami zachęcało do wejścia. Kuchnia tajska. Jako miłośniczka smaków Azji musiałam szybko zaplanować odwiedziny. Najpierw z Markiem. Nie zrobiliśmy rezerwacji, był tylko jeden wolny stolik. Nie myślałam, że w środku tygodnia będzie taki ruch. Sałatka z mango z kurczakiem, a potem makaron pad thai z krewetkami. Tak jak lubię. Mango świeże, kurczak idealnie dopasowany. Generalnie nie zamawiam w restauracjach niczego z kurczakiem. Sałatka w Silk & Spicy jest doskonała, tak samo makaron. Tak bardzo, że będąc tam tydzień później z Kasią, zamówiłam dokładnie to samo. A miałam spróbować czegoś nowego. Ponownie potrawy były wyśmienite. Krewetki chrupiące, makaron jedwabisty, kolendra pachnąca. Sala ponownie pełna, poza barem - tym razem miałyśmy rezerwację. W menu jest także sushi, ale mając do wyboru potrawy tajskie, nie skusiłam się, mimo że sushi mogłabym jeść codziennie. Jeśli chodzi o koktajle, to mają niezłą margherite mango i klasyczne mojito. W karcie win ukochany Gewurztraminer, w całkiem przyzwoitej cenie. Zdziwiło mnie jedynie, że restauracja nie ma strony www, ale sądząc po obłożeniu, nie ma takiej potrzeby. Jest coś uzależniającego w tym miejscu i jego kuchni, więc lepiej uważajcie.




niedziela, 27 stycznia 2013

AïOLI Cantine Bar Café Deli - Świętokrzyska 18

Jak długą można mieć nazwę? 5 słów będzie w sam raz, ale ja wolę po prostu AïOLI. Ulica Świętokrzyska jest kompletnie martwa, budowa metra tylko w tym pomogła. Sąsiednie ulice nie skrywają specjalnych skarbów kulinarnych. Niby jest Jasna, ale Zen Jazz Bistro jest średnie, Roma zamknięta, pyszna Galeria Bali zamknięta, grecki Paros ładny, ale wiecznie pusty. I tak oto w miejscu plastikowego San Marzano powstała cudowna włoska knajpka. Spora, ceglana, z dobrą obsługą, krótką, ale dobrą kartą, winem na szklaneczki i miłymi cenami, w porze lunchu i wieczorami większość stolików zajęta. Pytanie jest jedno - czy to na pewno włoska knajpka? No właśnie nie do końca, zważywszy na wybór burgerów, które mnożą się w ostatnim czasie w stolicy. Burgera jadła Aneta i zachwalała, a ciężko ją kulinarnie zadowolić. Ponieważ odkąd zamówiłam pizzę we Flaming & Co. nie chcę jeść żadnej innej, pizzy w Aioli nie próbowałam. Natomiast sałata z krewetkami mnie zachwyciła. Nic dodać, nic ująć. Do tego desery w małych słoikach - jogurtowy z wiśniami, czekoladowy... Dobre miejsce na niezobowiązujący wypad z przyjaciółmi, gdy nie chcemy wydać fortuny.




niedziela, 23 grudnia 2012

Flaming & Co. - Mokotowska 28

Co roku staję przed dylematem urodzin, tzn. przed wyborem miejsca. Termin trudny, bo przed świętami i zawsze jest lodowato. Tak też zamiast w trzynaście osób, bawiliśmy się w siódemkę. Oczywiście nie ma tego złego, co na dobre nie wyjdzie. Flaming & Co. jest miejscem wyjątkowym. Białe drewno, kominek, piękny wystrój. Do tego pyszna włoska kuchnia i świetne wina. Zaczęliśmy od bąbelków, skończyliśmy na wielu butelkach białego wina. Na przystawki wybrałam mozzarelle di bufala, włoskie wędliny i vitello tonato, czyli cienko pokrojoną pieczeń z sosem. Dla chętnych dania główne - flaming burger, sałata z kozim serem, makaron z owocami morza. Atmosfera była tak dobra, że powtórzyłabym ten wieczór choćby zaraz. Za rok okrągłe urodziny, nie wiem, które miejsce mogłoby przebić Flaminga. Najwyżej będzie powtórka.



niedziela, 16 grudnia 2012

U Kucharzy

Nie ma grudnia bez Kucharzy. Świąteczna atmosfera, mikołajkowa kolacja. Stolik ten, co zawsze. Menu niezmiennie dobre - tatar na start, a potem eskalopki cielęce, z kluseczkami i marchewką. Joanna i Piotr postanowili spróbować nowych potraw i wybrali szynkę pieczoną oraz kurczaka w estragonie. Równie dobre, co eskalopki, ale ja nigdy z nich nie zrezygnuję! Chyba że dla pierożków z mięsem. Wszyscy byliśmy tego dnia niepijący - ja przez antybiotyk, Piotr z wyboru, Asia jako kierowca. Żeby sobie wynagrodzić brak wina, przeszliśmy do deserów. Sernik wyborny, a rurki z bitą śmietaną jeszcze lepsze! Zjadłam trzy! A może cztery... 




wtorek, 11 grudnia 2012

Brunch w Intercontinentalu

Są takie chwile w życiu, które wymagają specjalnej oprawy. I nie muszą być wcale romantyczne. Wręcz przeciwnie, pomyślmy o sposobie na chandrę. Wiśniowa rumba w Słodki Słony? Sushi  (Zushi)? Butelka szampana? Owszem, może być, nawet chętnie... Ale co, jeśli to nie wystarcza, a my baaardzo potrzebujemy (kulinarnego) dopieszczenia? Chcemy wszystko naraz, bez kompromisów, za krzywdy, za smutki, za troski. Stop! Użalanie się nic nie pomoże, trzeba chwycić za telefon, zebrać znajomych i z minimum tygodniowym wyprzedzeniem zamówić stolik w Intercontinentalu. W Polsce brunch, czyli niedzielne obżarstwo od południa, mocno zakrapiane alkoholem, jest jeszcze mało popularne. Za to w Paryżu czy Nowym Jorku na porządku dziennym, a właściwie niedzielnym. Kilka lat temu, Eryka była tak uprzejma, by polecić nam uroki Intercontinentala. Przejdźmy zatem do konkretów. Ile mamy wyłożyć za tych kilka godzin rozkoszy i rozpusty? 165 zł. Dużo czy mało? Posłuchajcie... Wita Was pyszna margerita truskawkowa, miły kelner przedstawia się i wybieracie: wino musujące, wino białe, czerwone, piwo... Bez ograniczeń, wedle życzenia, nie zauważycie nawet, kiedy będzie dolewane, dyskretnie, taktownie, do woli. Woda, soki, herbata Ronnefeld? Pewnie. Ale czym byłyby napoje bez jedzenia? Zacznijmy od ryb i owoców morza. Ostrygi, krewetki, kalmary, homary, małże, łosoś, halibut, ośmiornice, kawior... Nawet rekin czasem się zdarzy! Ponoć dostawy specjalne dla hotelu, a nie w standardowe czwartki. Sushi, zupa miso? No jasne, nigiri i maki czekają! Nie jest to poziom Zushi, ale poprawny. Z resztą w obliczu owoców morza, ile można zjeść ryżu? Sałaty, szynki, roladki, dania włoskie, sery i inne rozmaitości uśmiechają się kusząco, a miejsca w żołądku już dawno brakuje. Natomiast trzeba zachować spokój - przecież brunch trwa od 12.30 do 16... Tylko czemu nigdy nie udało nam się zostać do końca? Alkohol nie może być winien, to zapewne fontanna czekolady, owoce, pianki lub złote pralinki... Albo nie! To przez świeżutkie naleśniki i lody! Tak, na pewno. A gdy już jest po, marzymy jedynie o domu, jak po bitwie. Wygranej.





piątek, 7 grudnia 2012

Brasserie Warszawska - Górnośląska 24

Wnętrze Brasserie Warszawskiej funduje nam podróż w czasie. W dobrym sensie. Polsko-francuska historia. To był pewien listopadowy piątek po pracy. Zmęczenie duże, stres jeszcze nie puszczał, więc wybrałam pyszny koktajl na początek. Wanilia, mleko, banan... Może nie był to idealny start, biorąc pod uwagę, że później zamówiłam tatar. Jednakże nigdy nie miałam problemu z mieszaniem smaków. Ale po kolei. Koktajl rozluźnił moje skołotane nerwy, przyjechała Katarzyna, zamówiłam czerwone wino. Karta krótka, tak jak lubię. Następnym razem muszę koniecznie zamówić małże Św. Jakuba albo stek! Chociaż właściciele mają jeszcze słynną "stekarnię" Butchery & Wine i w sumie to może tam warto oddać się mięsnym pokusom (choć pewnie ja ostatecznie wybrałabym ośmiornicę). Tatar w Brasserie Warszawskiej jest wyborny. Do tej pory uważałam, że najlepszy jest U Kucharzy, jednak może trzeba zmienić zdanie lub zarezerwować czas na pewne urozmaicenie. Po tatarze przyszedł czas na deser. I tu absolutne zaskoczenie z cyklu "bo proste rzeczy cieszą najbardziej", czyli pieczona reneta (nie Renata ;) pod kruszonką z kulką lodów. Miałam ochotę na pistacjowe, były pyszne. A do tego mini sosjerka z sosem waniliowym. Czego chcieć więcej? Niższego rachunku (lepiej zamówić butelkę wina, niż kieliszki), mniej "popracowego" stresu i więcej czasu na odkrywanie nowych miejsc z przyjaciółmi.





środa, 5 grudnia 2012

Soul Kitchen - Noakowskiego 16

O tej restauracji słyszałam już kilka miesięcy temu, jednak ciągle nie miałam czasu, żeby się wybrać. Listopad minął jak szalony, nie było czasu na pisanie, ale pod koniec znalazłyśmy z Anetą czas na kolację. Wieczór był zimny i deszczowy, nie było gdzie zaparkować, ale to uroki okolicy Politechniki. Kiedyś chodziłam tam na jogę, byłam więc przyzwyczajona. Kamienica, brama, zaskoczenie. Ciepłe, spore wnętrze. Soul Kitchen właściwie podzielona jest na 3 części: pierwsza z barem, druga przejściowa, trzecia największa. Nie zrobiłyśmy rezerwacji, chyba był to początek tygodnia. Po prostu głupio się czuję, gdy robię rezerwację, wchodzę, a tu prawie wszystko wolne. Co innego w czwartki i piątki - wówczas rezerwacja wszędzie wymagana, szczególnie u Mielżyńskiego czy na brunch w Intercontinentalu (o tym napiszę już niebawem). Wracając do Soul Kitchen - wchodzimy do środka. Wita nas młoda kelnerka, ciepła atmosfera, ładne wnętrze. Pani nie pyta, jaki stolik będzie nam odpowiadał i prowadzi do drugiej części restauracji. W moim odczuciu najsłabsza opcja - bez gości, nawet na romantyczną kolację wolałabym siedzieć w centralnej części, o czym uprzejmie informuję kelnerkę i sama przejmuję wybór stolika. Pada na wygodny, pod ceglaną ścianą i przy oknie, z widokiem na całą salę, w której wybornie bawi się spora grupa gości. Czas na menu, które przynosi uroczy pan kelner. Zaczynamy od zup - wyborna grzybowa i wyborny żurek. W ostatnim czasie nie byłam zwolenniczką zamawiania zup, jednak pod tymi podpisuję się obiema rękami! Potem absolutnie mistrzowskie małże Św. Jakuba, czyli przegrzebki. Moim zdaniem najlepsze w Warszawie (odkąd Osteria jest w remoncie, a Le Regal zamknięte). W czym tkwi sekret? Składniki: bekon, pomarańcza z kardamonem, szpinak, na grubej soli. Mistrzostwo. Cena w porządku - 40 zł, tym bardziej, że niedawno byłam w Brasserie Warszawskiej (o tym również niedługo napiszę) i tam podobna opcja jest w cenie 55 zł. Czas na deser! Mus z sera i białej czekolady na kawowych biszkoptach z gorzką, cytrusową konfiturą. Kieliszek białego wina - niestety zapomniałam spytać o szczep, ale był wiosenny, fiołkowy, taki jaki lubię najbardziej. Co jeszcze? Koniec słodzenia, czas na minus, czyli automatyczne doliczanie 10% serwisu. Nie zauważyłam tej informacji w karcie, dopiero na rachunku w domu. Otrzymując rachunek, rzadko śledzimy każdą pozycję, płacimy i już. Napiwek oczywiście zostawiłyśmy, serwis nieświadomie zapłaciłyśmy. Nie żałujemy, bo obsługa i potrawy były wybitne. Szef kuchni Andrzej Polan jest genialny. Po prostu wolimy świadomie wynagradzać za jakość.